piątek, 22 lipca 2011

Spotkanie z magią (cz. 1)

Mam znajomych, którzy fotografują. Prawie każdy miał tatę, wujka, kuzyna czy sąsiada, który robił zdjęcia aparatem analogowym i wywoływał je w ciemni. Większość z nich wie, czym są utrwalacze, wywoływacze i koreksy, niektórzy mieli nawet szczęście przyglądać się całemu niezwykłemu procesowi powstawania zdjęcia.
Może brak kogoś takiego w moim dzieciństwie, może pech a może... moja ignorancja sprawiły, że nie wiedziałam czym jest to wszystko. Nie rozumiałam kiedy mówiono o magii pracy w ciemni, choć zawsze urzekały mnie czarno-białe zdjęcia i domyślałam się, że wywoływanie ich jest niezwykłym przeżyciem. 
Nie wiedziałam jednak... nic. Ale zapragnęłam wiedzieć. Tak oto rozpoczęła się moja fascynująca przygoda :)

Jej początek a zarazem wielkie emocje i wyzwanie to był moment, kiedy po raz pierwszy wzięłam do rąk aparat analogowy i zaczęłam nim fotografować. Może jest to zabawne, ale... to było dopiero przedwczoraj. Nagle okazało się, że mam tylko 36 klatek, aparat, który nie wyświetli mi zrobionego zdjęcia, który muszę dobrze ustawić, bo w przeciwnym wypadku stracę swój cenny kadr. A mam ich przecież tak niewiele!
Udało się. Zapełniłam kliszę zdjęciami, które widziałam tylko raz - w chwili gdy naciskałam spust migawki, i których nie mogłam zobaczyć ponownie.
W ten sposób wrota do świata magii zostały przekroczone...

A światem tym jest ciemnia. Całkowicie mroczne i na początku bezlitośnie pozbawione kolorów miejsce.
W swojej ciszy jest pełna odgłosów - można usłyszeć w niej własny oddech i szybko przepływające myśli, choć ja bardziej słyszałam swoje dudniące serce. 
Podobno najtrudniejsze jest załadowanie błony do koreksu i zamknięcie koreksu. Nie jest to łatwe, bo należy wykonać tę czynność w całkowitej ciemności zawijając wcześniej kliszę na specjalną szpulkę. Oczywiście - również w całkowitej ciemności. Podobno później wszystko inne jest już bajecznie proste. Cała chemia... Wywoływacze, płukanie, utrwalacze, płukanie, fetonalowa kąpiel i suszenie... Odmierzanie czasu, ilości wody, substancji i temperatury. Chemia... Alchemia.

Czułam jak magia unosi się w powietrzu kiedy wykonywaliśmy te wszystkie czynności w całkowitej ciemności, niekiedy oświetlonej jakże tajemniczym, czerwonym światłem...








To wszystko trwało tak krótko. Zbyt krótko. Minęło wprawdzie kilka godzin a już czuję, że mi mało.
Mam swoją pierwszą w życiu stykówkę a na niej kilkadziesiąt zdjęć. Nie wiem, czy są dobre. Widzę miniaturki i mam żal do siebie, że nie skupiałam się mocniej nad tym, by przemyśleć każdy kadr. 

Nie wiem, jakie będą te zdjęcia kiedy je wywołam. Ale... jak napisał kiedyś Jonathan Carroll:
Magia jest tym, czego nie wiesz....

6 komentarzy:

  1. Anula piękny tekst , wzruszyłaś mnie... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, tekst to poezja a opowieść to czar - urzekające...pisz dalej. Życzę powodzenia na chyba "nowej drodze życia" :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu, cudowny tekst. A Twoja wrażliwość i umiejętność pięknego pisania i fotografowania to prawdziwy DAR!!! Fajnie, że idziesz za tym głosem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję Wam, bardzo mi miło... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Aniu zeczęłam czytać od końca, tj. od części 2. Jestem zachwycona - fantastyczna opowieść. Nie mogę sie doczekać chwili kiedy zobaczę Twoje zdjęcia i to trzymając je w dłoni, a nie na monitorze - bo to już luksus i zapomniana przyjemność :O)

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja oprócz że jestem z Ciebie dumna, to od zawsze mówiłam, że pióro świetnie leży w Twojej dłoni :-) Czekamy na więcej!!

    J&J

    OdpowiedzUsuń